poniedziałek, 27 czerwca 2016

Elvis i instrumenty - ukulele

Ukulele, to instrument muzyczny zaliczany do grupy strunowych szarpanych. W najpopularniejszej formie podobny jest do niewielkiej gitary, chociaż istnieją także ukulele o innych kształtach pudła rezonansowego. Zwykle posiada cztery struny (to najczęściej spotykana forma, klasyczna), rzadziej sześć lub osiem. Na ukulele gra się z zasady palcami, aczkolwiek jak się ktoś uprze, może także kostką (piórkiem, plektronem). Najczęściej wykorzystywane jest jako instrument akompaniujący, rzadziej do gry solowej.

Chociaż ukulele w rzeczywistości pochodzi z Portugalii, to swoją ostateczną formę, nazwę i popularność zyskało na Wyspach Hawajskich (trafiło do Honolulu w 1879 roku wraz z emigrantami z Madery), gdzie do dziś jest najbardziej popularnym instrumentem. Z racji związania ukulele z kulturą hawajską przyjmuje się powszechnie, acz błędnie, że jest to instrument z hawajskim rodowodem.

Ukulele występuje też w kilku wersjach. Najbardziej popularne, a zarazem mające najdłuższą tradycję to: sopranowe, koncertowe, tenorowe i barytonowe. Różnią się między sobą długością gryfu oraz wielkością pudła rezonansowego:
  • sopranowe:  30,5 cm do 35,5 cm (pierwotny rozmiar gryfu dla klasycznego ukulele),
  • koncertowe:  od 35,5 cm do 40,5 cm,
  • tenorowe:  40,5 cm do 45,5 cm,
  • barytonowe:  od 45,5 cm;
Przy skąpym materiale dokumentacyjnym dotyczącym gry Elvisa na instrumentach, zwłaszcza w odniesieniu do źródeł pisanych, można uznać, że jeśli chodzi o ukulele, to wygląda to zdecydowanie lepiej niż w przypadku pozostałych. Dokumentację fotograficzną zawdzięczamy przede wszystkim filmom, a zwłaszcza "Blue Hawaii", w którym instrument ten pojawia się na każdym kroku.

Czasami o grze Elvisa na jakimś instrumencie więcej dowiemy się z książek i materiałów obcych, niż  bezpośrednio poświęconych Elvisowi (zwłaszcza biografii). Tak jest również i w tym przypadku. W Wielkiej Brytanii, 6 października 2014 ukazała się książka poświęcona ukulele "Get Plucky With The Ukulele", autorstwa Willa Grove-Whita, wydana przez Octopus Publishing. Znajdziemy w niej rozdział poświęcony znanym ludziom, którzy dobrze grali na ukulele. Zaczyna go właśnie Elvis Presley. Nie jest to jednak jedyna taka pozycja, Elvis zostaje wspomniany prawie w każdej książce poświęconej ukulele. W kilku miejscach czytałam, że kiedyś wydano książkę poświęconą tylko Elvisowi i jego grze na ukulele, ale nie udało mi się ustalić jej tytułu, ciężko znaleźć pozycję książkową, której nie ma już w obiegu (sprzedaży).

Elvis Presley pojawia się też na różnych kompilacjach z muzyką graną na ukulele lub z ukulele jako instrumentem wiodącym.

Elvis zainteresował się ukulele, będąc jeszcze młodym chłopcem, chodzącym do szkoły. Było to na sławnej Beale Street i tam też nauczył się na nim grać. Zaskoczyła mnie informacja, że po ukulele sięgali tamtejsi bluesmani i jazzmani! Poczytałam trochę o historii ukulele i faktycznie tak było - od lat 20. XX wieku ukulele często było wykorzystywane w kapelach jazzowych, wodewilowych i bluesowych w całych kontynentalnych Stanach, a zwłaszcza w południowych, w tym w Memphis (kolebce bluesa i rytm&bluesa). Kiedy Elvis bywał na Beale Street, najbardziej znanym "ukuleleistą" był wiekowy już bluesman Charlie Burse, nazywany "Ukulele Kid". To od niego Elvis dużo się nauczył i to nie tylko w kwestii gry na ukulele, ale również ruchów honky-tonk (taniec oraz muzyka taneczna z przewagą rytmu nad melodią), które później stały się jednym z elementów składowych jego tańca i poruszania się na scenie (głównie przed okresem hollywoodzkim, bo po przerzucił się na ruchy karate).

W zasadzie Elvis grał na wszystkich czterech typach ukulele, które wymieniłam na wstępie. Niemniej najbardziej odpowiadało mu ukulele barytonowe i to właśnie na nim grywał najwięcej. Rzadziej na sopranowym (głównie w filmach), a na pozostałych tylko okazjonalnie.

Wśród całej menażerii prywatnych instrumentów Elvisa nie zabrakło też ukulele. Ponoć miał ich kilka. Najbardziej znanym było wartościowe Martin Ukulele, którego szacowany przedział wywoławczej ceny aukcyjnej w 2013 roku ustalono na od 60 do 80 tysięcy dolarów. To bardzo dużo, jednak po pierwsze - to zabytkowa wersja instrumentu z wysokiej klasy drewna mahoniowego, po drugie - Martin wśród ukulele, to jak Stradivarius wśród skrzypiec, po trzecie - należało do Elvisa, po czwarte - ofiarował je znanemu muzykowi jazzowemu Hankowi Garlandowi (który przez jakiś czas należał do grona jego muzyków, grał również na płytach i w filmie "Blue Hawai"), po piąte - z certyfikatem autentyczności, po szóste - z podpisem Elvisa wydrapanym na pudle rezonansowym, po siódme - z podpisem Hanka Garlanda również na pudle rezonansowym, po ósme - do instrumentu załączono etui z wycinkami z gazet i fotografiami, dodatkowo dokumentującymi związek tegoż ukulele z Presleyem i Garlandem.

Ukulele, obok wszelkich gitar, fortepianu, pianina, organów, perkusji, należy do instrumentów najlepiej opanowanych przez Elvisa i często przez niego używanych.

Najsłynniejsze, zabytkowe, barytonowe Martin Ukulele Elvisa Presleya, wraz z certyfikatem autentyczności oraz fotografie ukazujące podpisy Elvisa i Hanka Garlanda, któremu Elvis je podarował w 1961 roku

Strona z książki "Get Plucky With The Ukulele", Will Grove-White (Octopus Publishing, 6 października 2014, Wielka Brytania), otwarta na rozdziale "Unlikely Ukulele Players"*, w całości poświęconej temu instrumentowi

* Trudno przetłumaczyć ten tytuł ("Unlikely Ukulele Players"), ponieważ w naszym języku słowo "player" nie ma jednowyrazowego odpowiednika w znaczeniu tu użytym. Można powiedzieć co najwyżej "grajek" - co u nas brzmi pejoratywnie, "muzyk" - zbyt szeroko, "instrumentalista" - zbyt ogólnie, można też użyć słowa "gracz", lecz nie stosujemy go w odniesieniu do ludzi grających na instrumentach muzycznych. W każdym razie w tym tytule chodzi o osoby dobrze grające na ukulele, po których byśmy się tego nie spodziewali (co jest dla nas zaskakujące), bo są nam znani ze swoich innych talentów albo innych powodów.

Na zdjęciu lewym i górnym prawym Elvis i Bernie Lewis w Studio B - Hollywood (California), podczas nagrywania ścieżki dźwiękowej do filmu "Blue Hawaii" (gra na ukulele sopranowym - najmniejszym z możliwych), a na zdjęciu dolnym prawym Elvis grający na ukulele barytonowym  na planie zdjęciowym do filmu "Loving You"

Sceny z planu i materiały promocyjne do filmu "Blue Hawaii" (Paramount Pictures, 1961), w którym Elvis grał na ukulele sopranowym (częściej) i barytonowym

Kilka przykładowych okładek wydawnictw poświęconych ukulele, na których znajdziemy również Elvisa


sobota, 25 czerwca 2016

Elvis i instrumenty - akordeon

Jeśli chodzi o informacje związane z grą Elvisa na akordeonie w zasadzie mamy do czynienia z podobną sytuacją jak w przypadku innych instrumentów. Czyli wiemy niewiele, gdyż jakoś ta wiedza nie trafia do książek. I tu znów ratują sytuację zdjęcia, które pojawiają się w internecie z prywatnych zasobów, a także wspominki osób znających bliżej Elvisa.

Oczywiście ekipa zarządzająca spuścizną Presleya wie zdecydowanie więcej, niemniej w udostępnianiu tej wiedzy i wszelakich materiałów jest bardzo powściągliwa. To jednak temat, który wymaga osobnego potraktowania.

Wiemy, że Elvis dość często sięgał po akordeon jeszcze przed pójściem do wojska. Potwierdzają to też dostępne zdjęcia.

Na blogu Graceland, pod zdjęciem Elvisa z akordeonem, trafiłam na skąpą informację:
"On grał na gitarze, basie i pianie, ale często grywał też na innych instrumentach, takich jak: perkusja, akordeon i ukulele".
Wspomnienie akordeonu w towarzystwie perkusji i ukulele, na których wiemy skądinąd, że grał bardzo dobrze, jest niejako potwierdzeniem, że również akordeon nie miał przed nim tajemnic.

Jeszcze tak na marginesie tego cytatu. Pytanie, co autor tekstu miał na myśli używając słowa "bass" do określenia instrumentu? Amerykanie są bardzo niechlujni i nieprecyzyjni w sprawach językowych, a do tego zbyt leniwi, żeby ustalić prawidłową nazwę instrumentu, jeśli jej nie znają. Dlatego dla nich "piano", to w zasadzie wszystko co jest dość duże i ma klawisze, a zatem: fortepian, pianino, organy, fisharmonia, klawesyn, klawikord, czelesta a czasem nawet keyboard! Podobnie jest z nazwami innych instrumentów, znają ich tylko kilka i podpinają pod daną nazwę wszystkie inne, które mają jakieś podobne cechy. Choć w języku angielskim, tak jak w każdym innym, poszczególne instrumenty mają również swoje odpowiedniki, to np. "bassem" Amerykanie nazywają zarówno kontrabas jak i gitarę basową. Na szczęście w przypadku Elvisa nie ma to akurat większego znaczenia, bo grał dobrze na jednym i drugim. Podobnie jest z fletem, wszystko w co się dmucha i jest cieńsze od trąbki to dla nich "flute" - harmonijka, klarnet, fletnia pana, flet prosty, flet poprzeczny itp.!

Wracając do omawianego instrumentu, w tym samym artykule, nieco dalej, gdzie również wspomniano o akordeonie, czytamy:
"Nie jest to instrument gwiazdy rocka, ale Elvis, który kochał wszystkie rodzaje muzyki, nigdy nie wahał się podnieść jakiegokolwiek instrumentu, żeby przekonać się co może na nim zagrać".
Gdzieś, przy okazji omawiania jego instrumentarium, wykorzystywanego na sesjach nagraniowych i w czasie koncertów napisano, że poza sceną Elvis często grywał na perkusji, gitarze basowej, ukulele, akordeonie i kontrabasie, ale już podczas występów, jeśli sięgał po jakiś instrument, to akompaniował sobie tylko na gitarze lub pianinie. Tak z pewnością było po okresie hollywoodzkim, czyli po 1968 roku. Natomiast nie mam pewności co do lat pięćdziesiątych.

Z akordeonem Elvis z pewnością stykał się również na słynnej Beale Street, może rzadziej tam gdzie grano bluesa, ale z pewnością tam gdzie grano jazz. Ponadto także w klubach i na salach koncertowych, gdzie zaprzyjaźnieni muzycy wpuszczali go tylnymi drzwiami na próby, a także podczas koncertów, gdy nie miał pieniędzy na bilet.

W niektórych źródłach można trafić na informację, że Elvis we wczesnych latach (myślę, że chodzi tu o lata pięćdziesiąte) dość intensywnie uczył się grać na akordeonie i dużo ćwiczył. Faktycznie, najwięcej zdjęć dostępnych w internecie jest właśnie z tego okresu, chociaż to akurat niczego nie dowodzi (jak wspominałam już wcześniej, czasem na zdjęciach są uwiecznione rzeczy rzadkie, a nie ma tych co robił prawie każdego dnia  - patrz post: "Elvis, jakiego nie zobaczymy i nie usłyszymy").

Jeszcze inne zdjęcia Elvisa z akordeonem pochodzą z czasów jego służby wojskowej w Niemczech. I tu też mamy jeden rarytas. Tym razem podczas swojej podróży do Niemiec statkiem USS General George M. Randall, gra na akordeonie! Czyżby armia załadowała na statek wszystkie instrumenty, na których grywał? :)

Zanim jeszcze powzięłam decyzję o założeniu bloga, nie gromadziłam zdjęć Elvisa. Zapisywałam sobie tylko te, które mi się szczególnie podobały i były dobrej jakości. Wychodziłam bowiem z założenia, że zawsze mogę obejrzeć wszytko na necie. Tymczasem okazało się, że jeśli raz coś się pojawi, to niekoniecznie będzie to można odnaleźć także później. Szukam namiętnie od kilku dni zdjęć Elvisa grającego na akordeonie podczas pobytu w Niemczech i znalazłam tylko dwa, a było ich o wiele więcej. Podczas pobytu w wojsku na terenie Niemiec, w domu grał przede wszystkim na pianinie, ale w jednostce na gitarze i akordeonie właśnie.

Niestety, brak w internecie materiałów dźwiękowych z Elvisem grającym na akordeonie. Chociaż być może i są, ale o tym nie wiemy, bo nie są odpowiednio opisane (tak jak w przypadku kontrabasu - patrz post "Elvis i instrumenty - kontrabas"). Z tego co mi wiadomo, na żadnej z sesji nie rejestrował swojej gry na akordeonie, lecz niewykluczone, że na prywatnych filmikach coś się zachowało (na przykład z wojska, chociaż mało prawdopodobne, bo komórek wtedy nie było, a na kamerkę mogli sobie pozwolić nieliczni).

Elvis grający na akordeonie. Wszystkie te zdjęcia pochodzą z lat pięćdziesiątych. Drugie zdjęcie było publikowane w jakiejś gazecie (nie napisano jakiej i kiedy). Kim jest kobieta na ostatnich trzech, nie wiem, a mężczyzna to kuzyn Elvisa, Carol Junior Smith (zwykle nazywany tylko Junior Smith)

Dwa zdjęcia Elvisa na statku USS General George M. Randall, podczas jego podróży do Niemiec, w celu odbycia dalszej służby wojskowej (wrzesień 1958)

To zdjęcie zostało wykonane tuż po koncercie w Richmond (Virginia), w dniu 30 czerwca 1956 roku, podczas rozmowy z dziennikarzami na backstage. Elvis żartował i czarował, to pokazując różne sztuczki na akordeonie, to magiczne tiki karciane

Zdjęcie Elvisa grającego na akordeonie w wojsku znalazło się na tyle okładki książki "Me'n Elvis", autorstwa Charlie Hodge (1984)


czwartek, 23 czerwca 2016

Wspaniały ojciec Lisy Marii Presley

Kiedy podczas jednej z czerwcowych sesji nagraniowych w 1967 roku, Elvis poinformował swoich muzyków, że jego żona jest w ciąży, powiedział:
"To najlepsza rzecz ze wszystkich jaka mnie w życiu spotkała".
Kilka dni później, zakomunikował tę radosną nowinę wszystkim obecnym na planie filmu "Speedway". Rzecznik prasowy M-G-M (Metro Goldwyn Mayer) powiedział:
"Jeszcze nigdy nie widziałem Elvisa tak szczęśliwego".
Wszyscy, którzy pamiętają go z tego okresu, podkreślają, że Elvis był wtedy przeszczęśliwy. Elvis z niecierpliwością oczekiwał przyjścia na świat swojego dziecka. Cały styczeń spędził z Priscillą w domu, w oczekiwaniu "na ten moment", z drobnymi wypadami do swojej drugiej posiadłości Circle G Ranch, gdzie prowadził hodowlę koni. Tylko 15, 16 i 17 stycznia, udał się do Nashville na sesję nagraniową, ale nie zostawił Priscilli samej. W domu czekała odpowiednio poinstruowana armia ludzi gotowa na każde skinienie pani Presley, łącznie z niańką, wybraną w drodze ostrej selekcji, która już wiele dni temu zainstalowała się w Graceland.

W nocy, z 31 stycznia na 1 lutego 1968 roku, wraz z rodziną i przyjaciółmi odwiózł ciężarną żonę do Baptist Memorial Hospital w Memphis. Przed drzwiami jej szpitalnego apartamentu ochotniczo czuwało dwóch policjantów*.

* Elvis miał bardzo dobre układy z policją. Choć na co dzień nie pełnił z nimi służby, tylko pracował jako artysta, był lubiany i szanowany przez swoich kolegów policjantów, a także traktowany przez nich jak "jeden z nas". Szef policji z Memphis był jego bardzo dobrym i lojalnym przyjacielem do ostatnich dni (a nawet po śmierci gwiazdy również). Gdy Elvisowi pozwalały na to inne liczne obowiązki, czasem brał udział w różnych policyjnych akcjach. W policji Memphis był w stopniu kapitana. Miał też legitymację i uprawnienia policyjne w aż 27 stanach USA.

Jeszcze tego samego dnia, po kilkunastu godzinach od przyjęcia, o 17:01 urodziła się Lisa Marie Presley, a cztery dni później Elvis odebrał żonę i córkę ze szpitala i przywiózł je do domu w Graceland. Lisa Marie przyszła na świat dokładnie dziewięć miesięcy od dnia zawarcia związku małżeńskiego przez swoich rodziców (pobrali się 1 maja 1967 roku), a poczęta została podczas miesiąca miodowego*, który para spędziła w Palm Spring (był to jeden z domów, który Elvis wynajmował podczas kręcenia filmów w Hollywood).

* Był to miesiąc miodowy tylko z nazwy, bo Elvis miał zobowiązania zawodowe i już 4 maja wrócili do Memphis.

 
 
 
Pokój w szpitalu (apartament), w którym leżała Priscilla z Lisą po porodzie, przejście korytarzem do windy, zjazd windą oraz pożegnanie położnej z Lisą i rodzicami przed opuszczeniem szpitala

Prasa informuje o narodzinach Lisy Marii. Elvis ze swoją świtą (ochroną i przyjaciółmi) odbiera żonę i córkę ze szpitala. Przed szpitalem stoją tłumy gapiów i dziennikarzy

Lisie Marii nie brakowało niczego. Elvis zasypywał ją drogimi prezentami i raczył licznymi atrakcjami. Do historii przeszło to, do czego był skłonny się posunąć by zaspokoić ciekawość, kaprysy i fanaberie swojego kilkuletniego dziecka.

Pewnego razu w środku nocy obudził właściciela domu towarowego na drugim końcu Stanów, aby otworzył specjalnie dla jego córeczki dział z zabawkami (ponoć zapłacił za ten kaprys tyle, ile dom handlowy robił utargu w ciągu całego tygodnia - informacja nie do końca potwierdzona, są różne wersje). Potem wyczarterował swój samolot i poleciał z małą na nocne zakupy. Innym razem zabrał ją prywatnym odrzutowcem do Utah tylko po to, żeby pokazać jej jak wygląda śnieg (w Memphis, gdzie mieszkali, śnieg był rzadkością). Kilka razy wysłał też samolot do Denver po ich ulubione kanapki.

Kiedyś Priscilla powiedziała:
"Gdy Elvis pierwszy raz zobaczył córkę, stał jak skamieniały [red. tak był wzruszony i przejęty], ale nie trzeba było długo czekać żeby zepsuł swój nowy, mały pakiet radości".
W tym jednym miała rację. Lisa była jego największą miłością, w której się zatracił. Pozwalał córce dosłownie na wszystko. Rozpieszczał ją do granic absurdu. To nie mogło wyjść jej na dobre. Lecz taki po prostu był Elvis, jak kochał to bezgranicznie, rzucając świat do stóp.

Elvis, ilekroć był w domu, nie odstępował małej na krok. Stale się z nią bawił, rozmawiał, wygłupiał. Woził na koniu i wózku golfowym, a gdy pracował w swoim biurze, malutka Lisa ujeżdżała po nim na rowerku lub bawiła się zabawkami, stale go rozpraszając. Lecz jemu to nie przeszkadzało. Radość z bliskości córeczki rekompensowała mu wszystko. Gdy wracał do domu na krótko, to wstawiał sobie do jej pokoju łóżko i telewizor, tak aby wykorzystać każdą chwilę ze swoim dzieckiem. Bawili się, oglądali wspólnie bajki, rozmawiali i wygłupiali tak długo, aż mała Lisa nie padła ze zmęczenia (zasnęła). A on czuwał nad nią dopóki nie zmorzył go sen.

Elvis uczy córkę jeździć na rowerku trójkołowym

Priscilla powiedziała kiedyś, że Elvis nie widział świata poza swoją córką, a Lisa odpłacała mu równie gorącym uczuciem. Jak pisze Leszek Strzeszewski cytując Priscillę:
"Mała panna Presley uważała swego tatę za najwspanialszego człowieka na świecie i nawet Święty Mikołaj miał bardzo małe szanse we współzawodnictwie z Elvisem".
Jedna z kobiet Elvisa w latach 70., Sheila Ryan:
"Była prawie jego życiem. Kochał ją, po prostu bardzo ją kochał i nie mógł być bardziej opiekuńczy. I kochał ją bardziej niż cokolwiek lub kogokolwiek w swoim życiu".
Dana Rosenfeld, która poznała Lisę w 1975 roku i stała się jej najbliższą przyjaciółką z dzieciństwa:
"Ona po prostu kochała go całym sercem. Dla niego była małą dziewczynką, która nie mogła zrobić nic złego, najpiękniejszą na całym świecie i najbardziej utalentowaną. Kwintesencja oczka w głowie jej ojca. Elvis nigdy nie powiedział jej nie".
Elvis miał do Lisy iście anielską cierpliwość. Jak sama wspominała w dorosłym życiu, nigdy na nią nie krzyczał i nigdy jej nie uderzył. Dwa razy została tylko przez niego skarcona, gdy to, co robiła zagrażało jej życiu (raz była to zabawa na skraju basenu, gdy samodzielnie się oddaliła, a drugi ... nie pamiętam).

 
 
 To moje trzy ulubione zdjęcia Elvisa z małą Lisą. Na pierwszym zdjęciu karmi ją butelką, na drugim tuli na piersi, starając się uspokoić płaczące dziecko, a na trzecim smacznie sobie oboje śpią (można ich zjeść, tak są słodcy). Aczkolwiek trzecie zdjęcie jest fotomontażem i to gigantycznym, z czego wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie dostałam od Agi zdjęcia, które dołączyłam jako ostatnie. Myślałam iż tylko Lisa jest domontowana, a tymczasek okazało się, że to jedna wielka fałszywka niemniej pozostawiam je w celach informacyjnych i dlatego, że "ładna ta fałszywka" :)

9 października 1973 Elvis rozwiódł się z Priscillą (po półrocznej separacji), a sąd opiekę nad małą Lisą powierzył Priscilli. Jednak Priscilla nie utrudniała mu kontaktów z dzieckiem. Lisa Marie odwiedzała Elvisa, gdy koncertował w Las Vegas i przylatywała do Memphis, gdy jej tata był właśnie w domu. W Graceland Lisa spędzała też wszystkie święta Bożego Narodzenia. Czasami Elvis podjeżdżał też pod szkołę Lisy i zabierał ją na wspólne szaleństwa. Bywała też z nim w innych jego domach w Los Angeles i Palm Springs.

Elvis nieustannie drżał o jej bezpieczeństwo. Przede wszystkim z powodu pogróżek jakie dostawał od początku swojej kariery do samego końca. Suzanne Finstad pisze:
"Jerry Schilling i Sam Thompson, brat Lindy, byli jednymi z nielicznych, którym Elvis pozwolił przewieźć Lisę tam i z powrotem między Las Vegas a Los Angeles lub między Los Angeles a Graceland. Kiedy była z Elvisem, jedynymi osobami, którym ufał, że zabiorą ją ze sobą na cały dzień, byli Kathy Westmoreland i Sweet Inspirations".
W tej kwestii nie ufał większości swojej świty, a nawet ojcu, z uwagi na jego żonę, Davadę Staney.

Wynajmował dla niej na całe dnie lunaparki, kina i inne obiekty. Tak było też na kilka dni przed jego śmiercią. Lisa przyleciała do Graceland zaraz po zakończeniu roku szkolnego, aby spędzić z ojcem część swoich wakacji. O ich ostatnich wspólnych dniach możemy przeczytać między innymi w książce "Elvis" (wydanie poszerzone) Leszka Strzeszewskiego.
"W poniedziałek, 8 sierpnia [red. 1977 roku] wynajął wesołe miasteczko "Libertyland", położone w starej części Memphis. Przez kilka godzin bawił się z Lisą Marią i jej przyjaciółmi jeżdżąc elektrycznymi samochodzikami, na wrotkach,  karuzeli i diabelskim młynie. Zabawa trwała do późnych godzin wieczornych, ale było im tak dobrze ze sobą, nastrój był tak radosny, że żadne z nich ani przez chwilę nie myślało o tym, aby wcześniej wrócić do domu. Dwa dni później, 10 sierpnia Elvis zabrał Lisę do kina.
Zbliżał się termin wyjazdu Lisy Marii. Miała wrócić do Kalifornii 14 sierpnia, ale Elvis chcąc przeciągnąć jej wizytę jak najdłużej, porozumiał się z Priscillą i uzyskał jej zgodę na przedłużenie pobytu Lisy do 16 sierpnia, kiedy to miał rozpocząć swoje nowe tournee.
Ostatniego wieczoru chciał podarować jej na pożegnanie jakąś zabawkę. Ponieważ Lisa była pod ogromnym wrażeniem oglądanego ostatnio filmu "Star Wars" ("Gwiezdne Wojny"), więc kupił jej samochodzik elektryczny i świetnie się bawił  oglądając jej jazdę wokół domu."
16 sierpnia 1977 roku, po odnalezieniu nieprzytomnego Elvisa w łazience przy sypialni na piętrze, hałas i towarzyszące mu zamieszanie zwabiły Lisę Marię. Dziecko, widząc swojego ojca nieprzytomnego na podłodze, z grymasem bólu na twarzy i pociemniałym ciałem, zaczęło przeraźliwie płakać i krzyczeć błagalnie "Tatusiu, tatusiu, wstań!", lecz jej najukochańszy tatuś nie wstawał ...

Po lewej łóżeczko  jakie miała Lisa w swoim pokoju w okresie niemowlęcym, a po prawej bajkowe łoże z baldachimem, gdy miała już kilka lat

Piąte urodziny Lisy przypadły w terminie zakontraktowanych występów w hotelu International w Las Vegas. Na życzenie Elvisa Priscilla z małą przyjechały do Las Vegas i impreza urodzinowa została wyprawiona w hotelowym apartamencie Elvisa

Na koncertach prawie zawsze mówił o swojej córce i pokazywał jej zdjęcie. Zdjęcia Lisy miał zawsze ze sobą, nigdy się z nimi nie rozstawał. Patrzył na nie rozmawiając z nią przez telefon, gdy był na trasach koncertowych

Elvis od pierwszych chwil życia Lisy Marie nie odstępował swojej córki na krok. Jeśli tylko był w domu, poświęcał jej każdą wolną minutę, a do swoich zajęć zabierał się dopiero gdy spała

Aczkolwiek ta miłość miała i swoje złe strony. Elvis hołubiąc Lisę i pozwalając jej na wszystko, rozpuścił ją jak dziadowski bicz. Po jego śmierci Priscilla nie mogła dać sobie z nią rady (Lisa słuchała tylko ojca), a całą sprawę jeszcze pogarszały relacje Lisy z kolejnymi partnerami matki - poczynając od Mika Stona, który rozbił małżeństwo jej rodziców, a później dodatkowo próbował jeszcze utrudniać jej widzenia z ojcem, po Michaela Edwardsa, którego jednakowo pociągała seksualnie matka, jak i jej dorastająca córka.

Czarę goryczy między matką a córką przepełniła książka Priscilli "Elvis and me", która ukazała się w 1985 roku. Zdaniem Lisy matka w niej nakłamała, próbując wybielić siebie kosztem ojca. Doszło wtedy do gigantycznej awantury, po której siedemnastoletnia Lisa wyprowadziła się z domu. Ich stosunki, mówiąc delikatnie, bardzo się ochłodziły. Lisa zerwała kontakty z matką na kilka długich lat. Dopiero gdy sama została matką, Priscilla korzystając z nadarzającej się okazji, zaczęła zabiegać o naprawienie relacji z córką. Powoli zaczęły się poprawiać, choć Lisa jeszcze długo trzymała matkę na dystans.

Poza sprawami materialnymi, Lisa dostała od ojca coś najcenniejszego - bezgraniczną miłość, troskę, uwielbienie, szczere zainteresowanie, poświęconą uwagę, wspólne zabawy, rozmowy, przebywanie ze sobą.

Może Elvis nie był najlepszym ojcem z punktu widzenia dydaktycznego, ale z psychologicznego myślę, że tak. Pewnie niewielu dzieciom było dane doświadczyć aż takiej atencji ze strony ojca. Lecz cóż, nie każdy może być tak wyjątkowym człowiekiem, jak Elvis Presley. Być dobrym ojcem, to też talent.


wtorek, 21 czerwca 2016

Odyseja Kosmiczna i Also Sprach Zarathustra oraz ich związek z Elvisem

Kiedy po okresie hollywoodzkim, w 1968 roku Elvis szykował się do powrotu na scenę, na ekrany wszedł film "2001: Odyseja Kosmiczna" (2001: A Space Odyssey"), w reżyserii Stanleya Kubricka (wybitnego, młodego, acz już utytułowanego reżysera), którego scenariusz oparto na cyklu powieści "Odyseja Kosmiczna" autorstwa Arthura Charlesa Clarka. Elvis był pod ogromnym wrażeniem tego filmu. Zanim jednak wyjaśnię dlaczego, najpierw króciutko o samym filmie.

"2001: Odyseja kosmiczna" jest czymś pomiędzy klasycznym filmem science fiction a traktatem filozoficznym. I to traktatem poruszającym najważniejsze problemy: Skąd się wziął człowiek? Dokąd zmierza? Jaki jest cel ludzkiego istnienia? Czy możliwe jest istnienie sztucznej inteligencji? Czy może ona kiedyś zagrozić człowiekowi?

Zaskakująca jest też konstrukcja filmu. Przez pierwsze 25 minut nie pada ani jedno słowo. To efekt zamierzony, mający zmusić widza do refleksji i wprowadzić w odpowiedni klimat. Arthur C. Clarke (autor książki i współautor scenariusza) powiedział kiedyś: - Jeśli całkowicie zrozumiałeś "2001: Odyseję kosmiczną", to znaczy, że schrzaniliśmy robotę. Chcieliśmy zadać więcej pytań niż udzielić odpowiedzi.

"2001: Odyseja kosmiczna" była też pierwszym filmem z taką mnogością i charakterem efektów specjalnych. A co najważniejsze, w latach 60. nie wykorzystywano jeszcze technik komputerowych do ich generowania, po prostu informatyka była jeszcze wtedy w powijakach. Dlatego wszelkie efekty specjalne jakie wykorzystano w filmie, uzyskano w sposób czysto "mechaniczny", bez użycia jakichkolwiek komputerów, co dziś jest standardem. Przez wiele lat efekty te stanowiły punkt odniesienia i niedościgły wzór dla kolejnych twórców filmów science fiction (np. słynna początkowa scena z "Gwiezdnych Wojen" z nadlatującym krążownikiem kosmicznym jest żywcem ściągnięta właśnie z tego filmu).

Film zaskakuje też swoim proroctwem technicznym. Pojawiają się w nim np. wahadłowce (promy kosmiczne), tymczasem pierwszy wahadłowiec powstał dopiero w 1981 (a więc 13 lat po emisji filmu), czy też tablety, które z taką funkcjonalnością jak te z filmu, zaczęły pojawiać się dopiero pod koniec lat 90.

Walory filmowe podniosła też muzyka klasyczna wykorzystana w filmie. Na początku filmu pojawia się poemat Richarda Straussa "Also Sprach Zarathustra" (to właśnie ten utwór będzie sygnalizował wejście Elvisa na scenę przez resztę jego kariery). W dalszej części filmu pojawiają się między innymi: najsłynniejszy walc Johanna Straussa "Nad pięknym modrym Dunajem" i adagio z baletu "Gayane" Arama Chaczaturiana i jeszcze kilka innych wartościowych utworów muzyki klasycznej.

Film ten został zasypany różnymi nagrodami (w tym Oskarem) i do dziś uznawany jest za największe dzieło z gatunku science fiction, a także jedno z najważniejszych dzieł filmowych w ogóle.

Reasumując, film musiał robić wrażenie nawet na osobach, dla których tematyka science fiction nie była atrakcyjna, zwłaszcza w latach 60. ubiegłego wieku.

Właśnie te wszystkie cechy filmu spowodowały, że Elvis po jego obejrzeniu pozostał pod tak silnym jego wpływem do końca swoich dni. Przecież pytania, które pojawiły się w filmie, były dokładnie tymi, jakie zadawał sobie i swoim interlokutorom przez całe życie. To dokładnie na nie szukał odpowiedzi lub wskazówek w Biblii i setkach innych książek. Dodatkowo otoczka w jakiej je przedstawiono (muzyka, efekty wizualne) musiały odcisnąć swoje piętno na tak wrażliwym, a jednocześnie poszukującym, dociekliwym, analitycznym i filozoficznym człowieku jak Elvis.

Z tych właśnie powodów postanowił zaczynać swoje koncerty w ten sam sposób jak zaczynała się "2001: Odyseja Kosmiczna". Przez pierwsze 20-30 minut grali i śpiewali jego muzycy, jako taki support (prawdopodobnie część ta była nawiązaniem do początkowych 25 minut filmu, gdy nie pada ani jedno słowo - Elvis w pierwszych 25 minutach koncertu też milczy, nie ma go w ogóle na scenie). Później zaczynano grać "Also Sprach Zarathustra" i zwykle w części utworu, gdy pojawiały się charakterystyczne bębny, a za nimi fanfary, wchodził Elvis. Przechadzał się wzdłuż, w te i z powrotem, witając i pozdrawiając publiczność do momentu aż zespół nie zakończył utworu. Odtąd zaczynał się dopiero właściwy koncert z jego udziałem.

Elvis dokonując wyboru takiego schematu rozpoczynania koncertu, podkreśla jak bardzo identyfikuje się z problematyką przedstawioną w filmie, a przede wszystkim postawionymi w nim pytaniami, na które i on cały czas poszukuje odpowiedzi. Drugi aspekt, to forma przenośni, za pomocą której podkreśla, że i jego występy są też formą poszukiwania. W tym wypadku doskonałości muzycznej, najlepszego wykonania, ale także dawania radości innym, zadowalania widzów.

Niewątpliwie efektem ubocznym tego (choć zamierzonym przez Elvisa), jest niesamowita reklama filmu. Każdy fan poszedł obejrzeć go do kina. To naturalne. Jeśli nasz idol czymś się interesuje, to siłą rzeczy chcemy sprawdzić co to jest i zrozumieć dlaczego. Elvis był bardzo inteligentnym człowiekiem, dlatego nie powiedział wprost "idźcie i zobaczcie ten film, a potem zastanówcie się nad poruszonymi w nim zagadnieniami", lecz zrobił to na swój sposób. W innych sprawach też stosował przekaz pośredni, aby zwrócić uwagę ludzi na różne ważne kwestie. Robił to między innymi za pomocą piosenek, pogadanek na scenie, pokazywania się w określonych miejscach i sytuacjach, wspierania inicjatyw, koncertów charytatywnych, wszelakich dotacji i darów, a nawet poprzez symbolikę zawartą we wzornictwie swoich kostiumów scenicznych - jumpsuitów.

Jak bardzo utwór zapowiadający wyjście Elvisa na scenę oraz rozpoczynający film "2001: Odyseja Kosmiczna" jest do dziś ściśle z nim powiązany i kojarzony (utożsamiany), możemy się przekonać na klipie poniżej. Reakcja ludzi jest dowodem jego wielkości i nie słabnącej popularności.

Zwróćcie uwagę na sam początek i koniec. Od wybrzmienia pierwszych taktów "Also Sprach Zarathustra", nawet nie wiedząc jeszcze kto wyjdzie na scenę, publiczność zaczyna szaleć (niezależnie od wieku)! Apogeum amoku, ogarniającego większość publiki sięga szczytu, gdy pojawia się na niej młody mężczyzna wyglądem i ubraniem przypominający Elvisa (tzw. interpersonator* Presleya) ze swojego wielkiego powrotu  na scenę w programie "Comeback Special '68".

* interpersonate (interpersonator) - naśladowca Elvis Presleya. Jest też inny termin "Elvis Tribute" (Plemię Elvisa), trochę szerszy. Tak nazywają się nie tylko jego interpersonatorzy, ale również grupa osób tworzących dla Elvisa (w hołdzie dla niego), zainspirowanych Elvisem. Termin ten nie ogranicza się do samej muzyki, mogą to być wiersze, poematy, listy, obrazy, rzeźby, grafiki, prezentacje filmowe (bardzo często stanowią część graficzną w klipach z piosenkami Presleya na You Tube) itp.

Dalej nie jest już ważne co śpiewa i jak śpiewa ów młody naśladowca, owacje nie ustają. Po zakończeniu występu piosenkarza, eksperci nie mogą się przebić ze swoimi wypowiedziami (pomimo nagłośnienia mikrofonów) przez rozentuzjazmowany tłum na widowni. To jednak wcale nie są reakcje dla tego piosenkarza, może w niewielkim tylko stopniu. Nikt nie ma co do tego wątpliwości. To euforia wywołana samym związkiem jego występu z Elvisem Presleyem (wywołującym wspomnienia o fenomenie Elvisa oraz tęsknotę za nim, jego kunsztem wokalnym, osobowością, pięknem duszy i ciała) - przede wszystkim utworem, który zawsze sygnalizował wyjście Elvisa na scenę, a dopiero potem także wyglądem młodego interpersonatora, naśladownictwem ruchów Elvisa i piosenką "Hound Dog", której interpretacja Presleya z lat 50. nie miała sobie równych ani wcześniej, ani później (piosenka została napisana w 1952 roku i przed Elvisem oraz po, wykonywali ją także inni artyści, ale jak podaje Wikipedia - tylko wersja Elvisa Presleya z 1956 jest tą, która zajmuje 19 miejsce na liście 500 największych piosenek wszech czasów).

Samo wykonanie młodego interpersonatora było całkiem przeciętne, a i głos artysty nie miał siły przebicia.

Klip z amerykańskiej wersji programu "Mam Talent", 2008 rok. Jedną ze sztandarowych piosenek Elvisa Presleya wykonuje Joseph Hall (wtedy lat 23) z Nebraski - uczestnik programu


niedziela, 19 czerwca 2016

Elvis i instrumenty dęte

Swoich możliwości Elvis próbował też na instrumentach dętych. Wiemy, że z tej grupy były to: flet, melodyka, klarnet i trąbka. Niewykluczone, że również inne.

W jednej z biografii wyczytałam, że jeszcze gdy Elvis mieszkał w Tupelo, matka posyłała go na lekcje gry na flecie (przypuszczam, że chodzi tu o flet prosty). Niestety nie wyjaśniono ile mniej więcej wziął tych lekcji, na ile opanował grę na nim, ani jak do tego instrumentu odnosił się sam Elvis. Zważywszy na kondycję finansową rodziny, jeśli lekcje te były płatne, to raczej nie miał ich zbyt wiele.

Elvis był wielkim patriotą. Jego sztandarowym utworem o patriotycznej tematyce było "An American Trilogy". To był jeden z kilku utworów, nad którym pracował nieustannie, szukając wciąż i wciąż jeszcze lepszego, bardziej dobitnego, wymownego, porywającego wykonania. Tylko "How Great Thou Art" doczekało się więcej jego interpretacji (notabene tak perfekcyjnych, że dostał nagrodę Grammy właśnie za wykonanie tego utworu, jak i za całą płytę gospel). Wspominam o tym dlatego, że w jednym ze źródeł trafiłam na informację, iż razem z pewnym flecistą (nazwiska nie podano) Elvis napisał partię solową na flet do "An American Trilogy". Elvis w poszukiwaniu idealnego brzmienia swoich piosenek starał się powiększać instrumentarium lub dodawać solówki na poszczególne instrumenty. Fakt ten sugeruje, że flet był mu dość dobrze znany. Czy w domu miał wśród swoich instrumentów również flet, nie wiem. Niestety, nie ma w internecie zdjęć Elvisa grającego na flecie.

Za to w filmie "Loving You", w jednej ze scen, gra na klarnecie. Jest to również instrument dęty drewniany z grupy aerofonów, tak jak flet. Więcej informacji na temat związków Elvisa z klarnetem nie znalazłam, a książki jakoś w ogóle pomijają tematykę instrumentów. Jeśli coś w nich jest na ten temat, to na zasadzie wspomnienia utworu, który wykonał podczas jakiegoś koncertu lub podania konkretnej nazwy i symbolu instrumentu, ale tylko w odniesieniu do gitar lub fortepianów, jakimi dysponował za życia. Zatem jedyne informacje na ten temat pochodzą ze scen filmowych lub zdjęć, czasem także z wywiadów z ludźmi, którzy przez krótszy lub dłuższy czas byli w jego otoczeniu.

Kolejnym instrumentem dętym, z jakim widzimy Elvisa jest melodyka, zwana też melodyjką. To dość rzadki i ciekawy instrument, zaliczany do grupy klawiszowych dętych. Melodyka ma od 20 do 37 klawiszy i jest kilka jej odmian (np. altowa, sopranowa, basowa). Oprócz wbudowanego ustnika może mieć też nakładany tzw. giętki ustnik wydłużany, pozwalający na dęcie w instrument, który leży na płasko (wtedy nie trzeba go trzymać w dłoniach). Także w tym przypadku brak szerszych informacji. Na zdjęciu Elvis gra na melodyce altowej.

Jeszcze innym instrumentem dętym, którym zainteresował się Elvis była trąbka. Wiemy, że lubił ten instrument, podobnie jak saksofon. Trudno się dziwić, gdyż oba wykorzystywane są w sekcjach jazzowych i bluesowy, a przecież na takiej muzyce Elvis się wychował nie licząc gospel. Elvis nawet zapraszał na scenę podczas swoich koncertów trębaczy i prosił ich o solówki. Mamy także zdjęcia z backstage, gdzie Elvis akompaniuje trębaczom na pianinie, gitarze lub perkusji.

Napotkana w internecie plotka mówiła, że Elvis wziął kilka lekcji u samego Cheta Bakera (1929-1988) - trębacza. Teoretycznie jest to możliwe, bo w latach 50. był on najsłynniejszym młodym trębaczem na świecie. Jednak nigdzie, poza tym jednym źródłem, nie ma wzmianki nawet o tym czy Elvis i Chat w ogóle się znali lub choćby spotkali przypadkiem. Dlatego wydaje mi się to mało prawdopodobne.

Natomiast kilku lekcji na trąbce z pewnością udzielił Elvisowi jeden z trębaczy (ten na kolorowym zdjęciu), który grał w orkiestrze podczas kilku koncertów Elvisa w 1956 roku (być może też w innych latach).

Jeśli chodzi o grę Elvisa na instrumentach dętych, to temat równie mało znany jak w przypadku innych instrumentów. Nawet muzyk i pierwszy menadżer Elvisa - Scotty Moor - na swojej stronie internetowej zamieszczając zdjęcia Elvisa z trąbką, nie odniósł się do nich ani jednym zdaniem. Podał tylko, w którym roku i na jakim obiekcie zostały poczynione.

Jednak prawdopodobnie gra Elvisa na trąbce nie ograniczyła się do kilku lekcji, ponieważ zabrał ten instrument ze sobą także do wojska i to za ocean. Kiedy stacjonował w Niemczech, gdzie odbywał służbę wojskową, mieszkał w wynajętym domu w Bad Nauheim. Krótko przed poznaniem Priscilli, umawiał się z Dianą Webb (obecnie Diana von Welanetz Wentworth), dziś znaną ze swoich pasji kulinarnych i serii książek o tej tematyce. Występując w programie The Tony DUrso TV Show, została także zapytana o swój krótki związek z Elvisem. Zwróciłam uwagę szczególnie na jedno zdanie:
"Miał tam [w Bad Nauheim] instrumenty, mógł grać na fortepianie, gitarze, chyba na puzonie, może saksofonie, nie pamiętam dokładnie".
Podejrzewam, że nie tyle, co nie pamiętała, lecz po prostu nie potrafiła nazwać instrumentu. Dokładnie mam ten sam problem, nigdy nie wiem czy widzę trąbkę, czy puzon, rozpoznaję jedynie saksofon. Prawdopodobnie była to trąbka lub saksofon. Wiemy, że Elvis ćwiczył na trąbce, lecz nigdy nie czytałam o saksofonie, poza tym, że uwielbiał ten instrument. Poza tym kwestia precyzji wypowiedzi, skoro dla Amerykanów nie ma różnicy między pianinem a fortepianem, to co tu dopiero mówić o zbliżonych do siebie wyglądem instrumentach dętych z tubą.

Puzon (trombone), trąbka (trumpet), saksofon (saxophone) - zgodnie z tym, co powiedziała Diana Webb, Elvis miał jeden z tych instrumentów w Niemczech i na nim grał

Elvis grający na klarnecie - scena z filmu "Loving You" (Paramount Pictures, 1957)

Elvis grający na melodyce altowej oraz zdjęcie przykładowej, prawie identycznej melodyki altowej, jak ta, na której gra na zdjęciu

Elvis z trąbką na backstagu (za kulisami) Shrine Auditorium w Los Angeles, 8 czerwca 1956. Te zdjęcia znajdują się również na stronie Scottiego Moora, lecz nie uznał za stosowne ich wyjaśnić

Florida Theater w Jacksonville (FL), 10 sierpnia 1956. Kim jest mężczyzna ze zdjęcia, nie wiem. Raczej nie jest to Chad Baker (bo taka sugestia znalazła się na jednej ze stron zamieszczających tę fotografię). Prawdopodobnie to właśnie ten trębacz z orkiestry towarzyszącej mu na scenie w 1956 roku, u którego wziął kilka lekcji gry na trąbce lub jeszcze ktoś inny

To czarno-białe zdjęcie opisano tylko: "Tata Raphaela, który grał na trąbce z Elvisem Presleyem", ale nigdzie nie pada konkretne nazwisko. Porównując je ze zdjęciem kolorowym (powyżej) widzimy, że różni się od niego tylko śmiejącą się twarzą zupełnie innego mężczyzny, ale to fotomontaż

Aga znalazła to zdjęcie Elvisa z saksofonem. Niestety nie było opisu, ale całkiem możliwe, że i na nim próbował grać, bo takie informacje się pojawiały. Lecz prawdę mówiąc nie wiem czy to nie jest fotomontaż

Sztuczna inteligencja o Elvisie i saksofonie też nam nic nie podpowiedziała poza tym, co już wiedzieliśmy wcześniej. Nawet pominęła ukulele i kontrabas mimo, iż gra Elvisa na tych instrumentach została uwieczniona. Nie wymieniła też akordeonu, po który sporadycznie sięgał w latach 50. (być może także w późniejszych)